play_arrow

keyboard_arrow_right

skip_previous play_arrow skip_next
00:00 00:00
playlist_play chevron_left
volume_up
chevron_left
  • play_arrow

    Bonus: ścinki historyczne nr 1
    Nerdy Nocą

  • Start
  • keyboard_arrow_right blog
  • keyboard_arrow_right“Anatomia pęknięcia” pod patronatem NN

blog

“Anatomia pęknięcia” pod patronatem NN

kya 2021-03-26


Tło
share close

Nerdy Nocą objęły patronatem zbiór opowiadań Michała Protasiuka pt. “Anatomia pęknięcia”. Wiąże się z tym kilka obowiązków i kilka przyjemności (można łączyć — w każdym razie sama chętnie łączę). Dziś prezentujemy wybrany specjalnie dla Nerdów Nocą fragment książki, a na końcu niespodzianka. Zapraszam do lektury.

Grzybiarze

Wirus z rodziny Barnaviridae sforsował błonę komórkową borowika szlachetnego (Boletus edulis), kiedy zawibrował pozostawiony na stole telefon. Franciszek nie odrywając wzroku od mikroskopu, odebrał połączenie, wydając komendę głosową. Spodziewał się usłyszeć wiecznie zachrypnięty baryton kolegi z sąsiedniego instytutu – dziś wieczorem planowali partyjkę szachów. Spotykali się coraz rzadziej, w minionym kwartale udało się zagrać tylko dwukrotnie, trzy razy zaś szachowy partner odwoływał spotkanie w ostatniej chwili. Od kiedy zaczął sypiać z dwudziestoletnią studentką, osłabła jego pasja do gier zespołowych; czyżby i dziś Franciszka miał czekać samotny wieczór przy laptopie?

— Nazywam się Aneta Andrzejczak — po ciasnym, śmierdzącym drożdżami laboratorium rozlał się kobiecy głos. Rozmówczyni mówiła szybko, dziwnie akcentując sylaby, jakby tłamsiła buzujące wewnątrz emocje.

— Pani chce coś mi sprzedać? — próbował nadać głosowi surowe brzmienie, ale jak zwykle nie wyszło. — Nie potrzebuję krótkoterminowej pożyczki, dzwoniliście do mnie w ubiegłym tygodniu. Nie jestem zainteresowany.

— Nazywam się Aneta Andrzejczak. Panieńskie nazwisko Chmielewska — powiedziała z emfazą. — Jestem siostrą Kaśki. Nie mieliśmy okazji się poznać, nigdy nas nie przedstawiła, mieszkam w Irlandii, w Cork. Dzwonię do pana, bo ona… bo Kaśka… Ona zaginęła.

Franciszek rozprostował się, aż chrupnęło w plecach, i wytarł spocone dłonie w biały kitel.

Katarzyna Chmielewska.

(…)

— Wiesz, czym zajmuje się „Against 84”?

— Patrzyłem w sieci, ale proszę, opowiedz.

— Rok 1984. Orwell. Coś ci to mówi?

— Wielki Brat? Inwigilacja? Prywatność?

Weronika entuzjastycznie pokiwała głową i nagrodziła go promiennym uśmiechem, odsłaniając drobne zęby, a on poczuł się jak w pierwszej klasie szkoły podstawowej i znów stał się prymusem, pupilkiem nauczycielki, znienawidzonym przez kolegów w klasie.

— Bingo. Jesteśmy organizacją pozarządową, która walczy o wolny internet. Jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych sieć była oazą wolności, spełnieniem marzeń anarchistów o przestrzeni dostępu otwartej dla wszystkich. O świecie równych szans. A dzisiaj internet wygląda zupełnie inaczej. Nie ma już jednego internetu, ale kilka osobnych sieci. Chiny, Rosja, Zachód, wszyscy zamknęli się w szczelnie odseparowanych ekosystemach. To karygodne — mówiła, nieświadomie oddychając coraz szybciej. Głos dziewczyny przepełniała pasja i zapalczywość; w ten sam sposób przemawiały studenckie działaczki na Sorbonie w ’68 roku, na chwilę przed tym, gdy zmęczone dyskusją wychodziły na ulicę, ściskając w dłoniach koktajle Mołotowa. — Chcielibyśmy wrócić do takiej sieci, jaką była ona ćwierć wieku temu. Marzy nam się kraina wolności, a nie państwo totalitarne, w którym każdy ruch, zamiar i myśl są inwigilowane. Dlatego nie możemy o Orwellu zapominać. Jego duch nie tyle jest dziś obecny, ile każdego dnia straszy coraz bardziej. Co się stało po covidzie? Obowiązkowe aplikacje śledzące kontakty społeczne, świadectwa szczepień wdrukowane w paszporty, jedna wielka inwigilacja. Lada moment obudzimy się w świecie, przy którym rok 1984 Orwella to sielanka, raj na ziemi. Stąd nazwa: przeciwko 1984.

— I w jaki sposób, eeee… działacie? — W pierwszym odruchu chciał powiedzieć „walczycie”, ale ugryzł się w język.

— Przede wszystkim uświadamiamy. Edukujemy. Prowadzimy fanpage, organizujemy eventy, dystrybuujemy ulotki, spotykamy się z posłami, lobbujemy w sejmie. Pracy jest co niemiara i każde ręce są na wagę złota.

— A Kasia w czym pomaga?

Weronika odwróciła głowę i zaczęła wpatrywać się w wejście do kawiarni, jakby spodziewała się wypatrzyć kogoś znajomego.

— Trudno powiedzieć. Jesteśmy małym NGO-sem. U nas każdy robi wszystko, nie mamy wyraźnej specjalizacji. Katarzyna blisko współpracuje z prezesem, doradza w różnych kwestiach – strategii komunikacji, współpracy z uczelniami wyższymi, w działaniach marketingowych.

Dlaczego Kasia zaangażowała się w ruch na rzecz wolnego internetu? W przeciwieństwie do Weroniki Piekarskiej, nigdy nie była typem społecznika. Nie interesowały jej problemy innych, zmiany klimatyczne nie spędzały jej snu z powiek, nie troszczyła się o prawa zwierząt, a o przyszłych pokoleniach myślała raczej z pogardą i politowaniem, nie zaś z empatią. Była twardą, wewnątrzsterowną liberałką i technokratką, która wierzy, że sukces zawdzięcza swojej ciężkiej pracy i w związku z tym nie ma żadnych zobowiązań wobec społeczeństwa. Wolny internet, lewackie organizacje pozarządowe, wolontariat – Franciszek widział Kasię sprzed pięciu lat, Kasię, która zbywała podobne tematy pogardliwym prychnięciem i lekceważącym wzruszeniem ramion.

Kiedy nastąpiła zmiana? I ważniejsze pytanie: jaka była przyczyna światopoglądowej wolty?

— Czy coś się stało? — Weronika przechyliła się ponad stołem i musnęła dłonią jego ramię. Pachniała lasem o poranku, wilgotnym torfem, pękiem ziół. Franciszek przytrzymał powietrze w płucach. I chociaż w jej zapachu nie było niczego erotycznego, żadnej zmysłowej obietnicy, poczuł, że zaczyna mieć erekcję. Od ostatniej nocy z Kasią nie uprawiał seksu. — Dobrze się czujesz?

Potrząsnął głową, jakby wyrwany z najgłębszej fazy snu. Ogarnięcie sytuacji zajęło kilka sekund, podczas których Weronika wpatrywała się w niego pełnym troski spojrzeniem.

— Przepraszam, zamyśliłem się — wyjąkał. — To wszystko. Dziękuję za spotkanie. Chyba nic już więcej się nie dowiem.

— Zostań. — Dziewczyna sięgnęła po kubek z kawą. — Ja też chciałam zadać ci kilka pytań.

Znieruchomiał.

— Grzyby — oznajmiła aktywistka „Against 84”. — Zajmujesz się naukowo grzybami, prawda? Guglałam cię przed spotkaniem i znalazłam kilka twoich artykułów. Próbowałam czytać, ale nic nie rozumiałam. — Uśmiechnęła się rozbrajająco.

— Biochemia. — Skinął głową.

— Pewnie to trochę głupie, wiem. Ale mnie zawsze interesował ten temat. Nie, żeby uśmiechało mi się wstawanie bladym świtem, lunatykowanie po zimnym lesie w poszukiwaniu prawdziwków. Wręcz przeciwnie, chodzi mi o coś zupełnie innego. Grzyby nie są ani roślinami, ani zwierzętami, mam rację? — zawiesiła głos, jakby rzeczywiście nie była pewna odpowiedzi, a nie tylko oczekiwała potwierdzenia swojej wiedzy. — Więc o co w tym chodzi, jeśli nie o zwykłe grzybobranie?

Weronika zaczęła opowiadać. Przeczytała kilka popularnonaukowych książek, obejrzała serię wykładów na YouTubie, w tym wystąpienia Kasi na lokalnym TEDx, i jak na laika miała całkiem szeroką wiedzę. Była zafascynowana obcością grzybów. Chociaż przypominały rośliny, genetycznie bliżej im do zwierząt. Jednak w przeciwieństwie do roślin, które łakną światła, grzyby wolą się przyczaić w mroku, spiskując przeciwko ludzkości. No bo przecież najbardziej zabójcze toksyny i trucizny otrzymuje się właśnie z grzybów, prawda? A znane od tysiącleci właściwości halucynogenne? Przekraczanie bram percepcji, wgląd w inną rzeczywistość, szamańskie rytuały, wikingowie zajadający się muchomorami, aby w szale bitewnym nie czuć bólu. Podziękuj za wszystko grzybom. Do tego dołóż ich fenomenalne tempo wzrostu, a dostaniesz niemalże obcy gatunek. Jakby na ziemi wylądowali kosmici, ale my to przegapiliśmy, zajęci smażeniem jajecznicy z kurkami i marynowaniem borowików.

Franciszek przypomniał sobie o kawie, ale kawa wydawała się zbyt słodka, by cieszyć się jej smakiem.

Nie wiedział, co odpowiedzieć. Gorączkowo szukał w myślach ciekawostek i zabawnych faktów na temat grzybów, ale w podobnych chwilach oczywiście nic błyskotliwego nie przychodziło mu do głowy, nic, co wykraczałoby poza zestaw informacji, jakie Weronika i tak już zebrała.

Wybąkał coś na temat mykowirusów, którymi zajmował się naukowo, ich budowy genetycznej i spustoszeń, jakie sieją w zainfekowanych grzybniach, ale dziewczyna wyraźnie oczekiwała czegoś innego. Skrzywiła się, jakby przełknęła niesmaczne lekarstwo. W jej grymasie było coś nieludzko okrutnego – w ten sposób krzywią się małe dzieci, nie znajdując pod choinką wymarzonego prezentu, napompowany do olbrzymich rozmiarów balonik entuzjazmu flaczeje w ułamku sekundy, a spojrzenie tryska złością i rozczarowaniem. Chciała dodać do kolekcji kolejne mykologiczne anegdotki, którymi będzie mogła zabłysnąć podczas nudnej imprezy. Nie potrafił jej tego dać.

Sytuacja była nie do uratowania. Weronika zbierała się do wyjścia, a on skłamał, że ma kilka telefonów do wykonania i nie ruszył się z miejsca, wpatrując się w miękkie ruchy dziewczyny.

Esprit d’escalier – mawiają Francuzi – „duch schodów”, cięta riposta wymyślona po fakcie, kiedy jest już za późno.

Kiedy działaczka „Against 84” wyszła z kawiarni, Franciszek przypomniał sobie, że psychologia zna pojęcie „mykofobii”, czyli lęku przed grzybami. Że ludność świata można podzielić na społeczeństwa mykofobiczne, które grzybami się brzydzą, oraz mykofiliczne, konsumujące grzyby na potęgę. Mógł przecież opowiedzieć o śluzowcach znajdujących najkrótszą drogę wyjścia ze skomplikowanych labiryntów, projektujących efektywniejsze systemy połączeń kolejowych niż inżynierowie wspierani programami komputerowymi. Zapomniał zupełnie o szalonych hipotezach tłumaczących oddzielenie się człowieka od małpy masową konsumpcją obecnej w grzybach psychoaktywnej psylocybiny. Czy wreszcie o śmiałych spekulacjach historyków na temat drożdży, dzięki którym powstaje piwo – to właśnie miłość do owego niskoprocentowego alkoholu sprowokowała jakoby rewolucję neolityczną: porzucenie zbieracko-łowieckiego trybu życia, osiedlanie się na stałe i uprawę roli, dzięki czemu zaczęły być produkowane nadwyżki żywności, co doprowadziło do pierwszych nierówności ekonomicznych, skutkowało powstaniem klas społecznych i narodzinami społeczeństwa, jakie w stosunkowo niezmienionym stanie funkcjonuje do dzisiaj.

A wszystko przez grzyby.

(…)

Natarczywy alarm w komórce obudził go o siódmej rano. Pękała mu głowa. Nie wiedział, czy spał choćby godzinę. Jutro wypadała sobota, planował się wreszcie porządnie wyspać. W porannym rozgardiaszu zapomniał o wysłaniu sms-a do Anety. Pomyślał o nim tylko raz, myjąc zęby, zgarbiony nad umywalką.

Noc nie przyniosła zmiany perspektywy. Wciąż miał dość. Każde wspomnienie Kasi kruszyło fundamenty jego świata, a szczelinami wsączały się obce, nieprzyjemne stany emocjonalne. Zaburzona biochemia mózgu utrudniała codzienne funkcjonowanie. Obniżenie nastroju, maniakalne myśli, obrazy, migawki i kilkusekundowe scenki z dawnego życia, które niczym animowane gify wyświetlały się po zamknięciu napuchniętych oczu.

W ten sposób długo nie pociągnie.

Kiedy łyknął dwa apapy, a monotonny szum maszynki do golenia wypełnił łazienkę, pomyślał, że woli przekazać Anecie nowinę przez telefon. Znacznie trudniejsze rozwiązanie; na myśl o rozmowie niewidzialna pięść ściskała żołądek i z trudem chwytał oddech. Ale w końcu to Kasia i choć tyle jej się należy, stać go na – niewielkie w sumie – poświęcenie. Jednak nie teraz, najpierw wyjdzie na zewnątrz, wciągnie do płuc smog wielkiego miasta, niech ból głowy odpuści, a on wreszcie zajmie myśli czymś innym.

W drzwiach bloku zderzył się z Weroniką Piekarską.

To samo roześmiane, nieoceniające spojrzenie, które w chłodny wrześniowy poranek mogłoby ogrzać dwie dzielnice Warszawy.

— Franciszek!

— Skąd się tu wzięłaś? — wykrztusił, bo na więcej nie było go stać.

— Przyszłam do ciebie. Chciałam porozmawiać — oznajmiła.

— Ale…

Pokiwała głową.

— Tak, porozmawiać. Wczoraj nie odbierałeś, nie odpowiadałeś na sms-y, bałam się, że coś się stało. Wolałam sprawdzić.

— Skąd wiedziałaś, gdzie mieszkam? — zamierzał włożyć w pytanie mniej agresji, ale jakoś samo wyszło.

Weronika zareagowała uśmiechem, a z jej gestu emanowały niewinność i nieporadność, domagające się od rozmówcy natychmiastowej kapitulacji.

— We współczesnych czasach to dość łatwe, wiesz, zwłaszcza jak się pracuje w IT i ma do czynienia z danymi.

— Jak? Jak? — nie poddawał się, ale za każdym razem powściągał natarczywość w głosie.

— Pamiętasz Wirtualne grzybobranie?

— Co to ma do rzeczy?

Wirtualne grzybobranie było grą na smartfony, korzystającą z technologii rzeczywistości rozszerzonej, hitem ubiegłego roku. Zabawa polegała na zbieraniu wirtualnych grzybów rozsianych w przestrzeni miejskiej; gracz odpierał ataki pasożytów pożerających grzybnię, rywalizując jednocześnie z innymi grzybiarzami, kto upoluje bardziej dorodnego prawdziwka. Aplikację wyprodukował lokalny polski software house i jej popularność przerosła twórców. Przeciążone serwery często nie nadążały z generowaniem wirtualnych map, kiedy dziesiątki tysięcy mykofilów jak jeden mąż wyruszały na narodowe grzybobranie.

— Studio zostało zaatakowane. Hackerzy włamali się do systemu i wykradli mnóstwo danych, w tym geolokalizację. Chcieli pieniędzy, szantażowali, że upublicznią plik, jeśli nic nie dostaną, i cóż… Zarząd spółki nie ugiął się i przestępcy dotrzymali obietnicy. Dane wisiały w darknecie, a mój eks zajmował się cyber security, oczywiście jako white hat, ale po prostu kręciły go takie rzeczy; dla zasady ściągnął wykradziony plik, nic z nim nie zrobił, chciał go tylko mieć. Poprosiłam go o pomoc. Sprawdzałeś kiedyś ustawienia prywatności na Facebooku? Wszystkie posty wrzucasz jako publiczne. Nie jesteśmy znajomymi, wysłałam ci zaproszenie, ale nie przyjąłeś. Nie wiem dlaczego, nieważne, ale i tak mogłam przeglądać twojego walla. Stąd wiedziałam, że grałeś, czasami lubiłeś się pochwalić wirtualnym okazem, zebrać smutne trzy lajki, ale w ten sposób wiedziałam, jakiego nicka używasz w Grzybobraniu. Dalej już banał, wystarczyło znaleźć tego samego użytkownika w wykradzionej bazie i na podstawie analizy ścieżek namierzyć adres.

— Tak szybko?

— Zależało mi. Zadzwoniłam do byłego o dziesiątej wieczorem, a przesłał mi print screeny z mapami twoich spacerów o czwartej nad ranem. Jestem uparta i jeśli mi na czymś zależy, to po prostu działam.

— Czekałaś tutaj?

Przytaknęła.

— Wiedziałam, w którym mieszkasz bloku, ale nie w którym mieszkaniu. Wystarczyło się tutaj zaczaić. — Dopiero teraz Franciszek zauważył, że dziewczyna trzyma w dłoni termos. — Kwestia czasu, założyłam, że przed siódmą trzydzieści raczej z domu nie wyjdziesz.

— Już nie chcę rozmawiać o Kasi. — Spojrzał w bok. — Nie interesuje mnie, nie zajmuję się tą sprawą. Przepraszam za kłopot, niepotrzebnie się fatygowałaś. Tyle zachodu po nic.

Metamorfoza Weroniki trwała ułamek sekundy. Uśmiech wyparował z twarzy, pozostała jednak zapalczywość i pewność siebie, które zrobiły na Franciszku tak wielkie wrażenie podczas pierwszego spotkania.

— Muszę z tobą porozmawiać — ściszyła głos. — Tutaj już nie chodzi o Katarzynę, sprawa jest znacznie, znacznie ważniejsza.

(…)

Twarz autora, obok okładka książki.
Fot. Mikołaj Starzyński

Smakowało? Bardzo się cieszę. Też mam teraz niepokój.

Zarezerwuj dla siebie całą książkę w ebooku lub w papierze na stronie księgarni http://bit.ly/anatomia_pekniecia_nerdy_noca — i podaj tam kod “nerdynoca”, ponieważ publiczność NN dostaje 25% rabatu od wydawnictwa Powergraph na dobre czytanie.

Rabat obowiązuje do 26 marca, ale sprawdzajcie. Potem premiera książki, a niedługo później — kolejna niespodzianka związana z tym patronatem.

Otagowano: .

Komentarze

Nie ma jeszcze komentarzy.

Po sygnale zostaw wiadomość

Email będzie schowany. Pola wymagane oznaczone *